17 września 2015

Marketing okiem konsumenta - co mnie wkurza.

Wciąż szukam odpowiedzi na pytanie jak sobie radzić z tym, że wszystko wokół buduje w człowieku poczucie, że MUSI coś mieć, lub coś kupić. Przez pierwsze dni po przeprowadzce, kiedy gubiłam się wśród ulic i próbowałam poznać teren przewinęło mi się przed oczami wiele witryn sklepowych. Jest tu tego wszystkiego dużo więcej niż w moim rodzinnym mieście. Do tej pory mi te wszystkie banery, reklamy i ogłoszenia nie przeszkadzały, bo nie było ich tak wiele. Teraz mnie dosłownie przytłoczyły!

Żródło


Pewną… nazwijmy to świadomość konsumencką miałam w zasadzie od zawsze. Być może dlatego, że marketing przewijał się przez moje zainteresowania, być może dlatego, że nie lubię, kiedy ktoś robi ze mnie idiotę.
I mimo, że na dźwięk słowa marketing mam przed oczami biednego studenta jakiegoś beznadziejnego kierunku, który nie wie co zrobić ze swoim życiem, więc poszedł na pierwsze lepsze studia to w gruncie rzeczy świadomość jak działa marketing jest bardzo ważna i zwyczajnie pomocna.

Uderzyło mnie to podwójnie w momencie, gdy rozpoczęłam pracę „za ladą”. Nie mam wybitnego stażu pracy, ale częściowo poznałam tajniki misternej sztuki zdobywania klientów.
Najsmutniejsze jest to, że ludzie dają się na to nabrać. I ja sama również się daję.

Zastanówcie się ile razy kupiliście coś, co w gruncie rzeczy nie było Wam potrzebne? 

Jak często zdarza się, że idzie do sklepu po dwie rzeczy a wychodzicie z pełnym koszykiem? Po to właśnie powstał marketing – żeby każdy zwykły człowiek chciał więcej, kupił więcej, miał wrażenie, że potrzebuje więcej.

Bombardują Nas tym ze wszystkich stron – radio, telewizja, prasa, gazetki reklamowe, bilbordy, reklamy na mieście, witryny sklepowe, internet. WSZĘDZE. Cały ten natłok reklam koduje się w naszej podświadomości mimowolnie. Dlatego właśnie tak trudno się temu oprzeć, tak trudno z tym walczyć.

Wszystkie hasła typu „wyprzedaż”, „promocja”, „obniżka”, „okazja” działają na ludzi jak magnes. 

– 30%, -50%, -70% - im więcej na minusie tym bardziej Nas do tego przyciąga. W żadnym wypadku nie mówię, że wszystkie promocje są złe. Promocje są super, sama często szukam okazji, poluję na obniżki i kupuję na zapas, bo wiem, że przed lub po sezonie mogę kupić rzeczy po okazyjnych cenach, zamiast przepłacać za nie za parę miesięcy. Tylko krew mnie zalewa i szlag jasny trafia kiedy widzę, że towar na promocji  jest w prawie identycznej cenie jak kilka dni temu, ale cenówka pokazuje jakąś wziętą z kosmosu cenę bazową i tworzy iluzję rzeczywistej okazji.

Wyobraźcie sobie sytuację, że np. kurtka (idzie jesień, zostańmy w klimacie) kosztuje 150 zł. Na tą naszą kurtkę parę dni później pojawia się promocja „-40%”, kurteczka ląduje nieopodal wejścia do sklepu, ładnie wyeksponowana pod ogromnym promocyjnym szyldem. Za jedyne 120 zł! Na metce możemy wyczytać „stara cena – 200zł, nowa cena – 120zł”. Z pomocą wróżki promocyjnej kurtka najpierw podrożała o 50zł, żeby okazja wydawała się lepsza, promocja większa. Człowiek, który wcześniej na ową kurtkę nie zwrócił nawet uwagi, teraz będzie ją mierzył i prawdopodobnie nawet ją kupi, w końcu tańsza o 80zł, to będzie w sam raz, żeby dobrać jakąś koszulkę z promocji! Dwie rzeczy z promocji w cenie jednej niepromocyjnej, taka okazja! 
Bujda, zwykłe oszustwo w biały dzień i to ze społecznym przyzwoleniem.

Promocja „taniej za 2”. 

Co z tego, że w cale nie potrzebuję dwóch sztuk, wezmę drugą bo się bardziej opłaca, tańsze będą. Owszem będą tańsze, ale wydamy więcej pieniędzy, a przecież oto właśnie chodzi.

Promocja „druga rzecz -50%”. 

Co z tego, że nie potrzebuję niczego poza tym, po co przyszedłem. Znajdę coś jeszcze, może kiedyś się przyda, w końcu o połowę tańsze. A może wyląduje w szafie i za dwa dni o tym zapomisz. I tą połowę pieniędzy zostawiasz w sklepie. Lepiej, żebyś zapłacił chociaż połowę, niż nie zapłacił nic.

Hit sezonu”, „Musisz to mieć” i tym podobne hasła to budowanie błędnego poczucia, że czegoś chcemy, czegoś potrzebujemy. Pierdoły, które po tygodniu zostaną rzucone w kąt i będą się kurzyć. Nowoczesny ekspres do kawy, który robi milion rodzajów kaw. Wypijesz może kilkanaście takich kaw, bo zrobienie jednej zajmuje tyle czasu, co zrobienie trzech normalnych. Najnowszy model telefonu,  który od poprzedniego różni się szerokością obudowy i kilkoma aplikacjami. Innowacyjny telewizor, który ma cieńszą ramkę i inaczej ułożone guziki w pilocie. Nie cierpię, gdy ktoś próbuje wmówić mi, że czegoś potrzebuję. Że potrzebuję nowego, bo poprzedni model, który kilka miesięcy temu był nowoczesny i innowacyjny to już przeżytek prawie historyczny. Sama dobrze wiem, czego potrzebuję.

To tylko niewielka część tego, co mnie denerwuje w całym tym marketingowym bełkocie, ale pisanie tego kosztuje mnie sporo nerwów, więc kolejna porcja gdy ochłonę.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz